Blog > Komentarze do wpisu
Karpacz - Powerade Marathon

Karpacz do tej pory kojarzył mi się z wycieczką w podstawówce i smażoną kiełbasą z budki. Byłem tam na Bike Maratonie w zeszłym roku i dobrze wspominam tamten start. Teraz muszę powiedzieć, że jedyne skojarzenie jakie będę miał w głowie to Powerade Marathon 2010. To co działo się tu 01.05 jest niewyobrażalne. Czytałem o oryginalnej trasie, która zapadnie w pamięć, ale bałem się 53 km technicznego singla. Trasa jaką zafundował nam organizator to było mistrzostwo świata. To było prawdziwe mtb, bez marudzenia, że błoto, że zjazdy, że organizator przesadził. Do tej pory za super trasę uważałem tę z MP w Książu z zeszłego roku, Karpacz jednak pobił wszystko. Ale od początku...

Na sektor nie zasłużyłem więc pokornie ustawiłem się pod koniec stawki. Start....i czekam ok po 1,5 minucie zaczynam jechać. Początek to podjazd asfaltem taki jaki był na BM w tamtym roku. Tu rozpędzam się i staram się wyprzedzić jak najwięcej osób. Pod górę bez zmęczenia na nowych oponach śmigam aż miło. I to tyle dobrego. Kończy się podjazd i zaczyna się piekło;) Już pierwszy zjazd pokazał kto jest technicznie dobrze przygotowany. Karkołomne zjazdy z głazami rozsypanymi wszędzie, małe przesmyki gdzie mieści się tylko opona 2.0;) To było to. Pierwszy zjazd jak dla mnie na 5. Nie wiem czy dobrze zjeżdżam czy źle, ale moje myśli na takich zjazdach to ułamki sekund. Tu nie może być błędu i myślenia jak pojechać. Jechałem przed siebie tworząc sobie tor w myślach. Tyłek za siodło, tylny hamulec i jadę. Jak za szybko kontroluję jeszcze przodem. Jak już widzę, że będzie gleba i lot przed kierownicę to puszczam wszystko i prędkość załatwia sprawę. Tak pokonałem wszystkie zjazdy. Najgorzej było na początku kiedy był jeszcze tłok. Z przodu ktoś nie daje rady, z tyłu krzyczą "jechaaaać" To samo na podjazdach. Single na młynku. Wystarcza błąd zawodnika przede mną i już nie jadę. Prawdę mówiąc nie podjechałem wszystkiego i nie zjechałem, ale to jakieś może 5% całej trasy. Głównie nie z mojej winy. Jadąc sam myślę, że spokojnie bym przejechał całą trasę. Bufet na 20 km trochę daleko...uzupełniam bidon i jadę dalej. W zasięgu wzroku nie ma grup, wszystko rwie się na zjazdach i podjazdach. licznik strasznie wolno bije. Kolejne zjazdy i podjazdy. Geaxy toczą się rewelacyjnie. Na trasie czasami błoto, strumyki i te kłody których chyba nikt nie przejechał. Nieporozumienie to też chyba ten szlaban. Mija 30 km. Ktoś pyta obok czy to Chomątowa...zgadza się. Jadę i jadę a krzyż pali mnie jak diabli. Ten ból jeszcze mogę znieść, bo rozluźniam się stając w pedały. To co dzieje się z moimi ramionami to jakieś nieporozumienie. Ból jakiego nie doświadczyłem do tej pory. Spowalnia mnie i do głowy przychodzą dziwne myśli. Nie wiem ile jechałem ten podjazd. Wiem tylko, że minęła trzecia godzina jazdy jak byłem jakoś na górze. Tej podjazd nei miał końca. Ja byłem wykończony, ale jechałem równo. starałem się nie myśleć kiedy koniec. Wiedziałem, że jest za zakrętem, a jak nie za tym to za kolejnym....no może za następnym na pewno będzie;) Tu dostałem w tyłek na tym podjeździe nie śniło mi się nawet abym doszedł kogoś. Równo na młynku jechałem powoli do góry. Dojechałem. Wyżej już nie było nic. Piękny zjazd na którym zmarzłem jak cholera. I jeszcze tylko kilka km i meta. Zjazd do Karpacza jeszcze chwilę po mieście, stadion i na liczniku 4.17.21 open 389/M3 127.

To był mój najdłuższy maraton do tej pory, ale i z najlepszą trasą. Nie powiem, zmęczylem się. Ręce mnie bolały, straciłem czucie w palcach, siniaki i pocharatane nogi bolą do tej pory. Było warto. Na mecie byłem szczęśliwy, że to już koniec, ale na drugi dzień już chciałem znowu tam pojechać. Podobno w następnym roku trasa będzie bardziej dopieszczona...ja już czekam na to. Jeślli chodzi o miejsce to myślę, że nie jest źle, ale i nie jest dobrze. Generalnie nie wiem co na dzień dzisiejszy mogę zrobić więcej aby mieć lepsze wyniki. Może za kilka lat jak organizm wytrenuję na dobre powalczę o jakieś wyższe miejsca. Dla mnie narazie sukcesem jest to miejsce i to, że nie padłem z wysiłku tylko czasami szybko a czasami powoli zbliżałem się do mety. Następny maraton to Złoty Stok...ciekawe jak tam dopisze forma.

B.

wtorek, 04 maja 2010, kolarski

Polecane wpisy

statystyka button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl