Blog > Komentarze do wpisu
Złoty Stok - Powerade Marathon

Nie wiem jak to jest , ale jak mi na czymś zależy i jak się na coś napalę...to przeważnie nie wychodzą z tego dobre rzeczy. Tak było z Mistrzostwami Polski w XCM gdzie jechało się świetnie, a gdzie złapałem kapcia i szedłem z buta kilkanaście km. Tak też było poniekąd z maratonem w Zlotym Stoku. Okolica super, dystans 41 km więc to zwykła "niedzielna" przejażdżka. Obawiałem się tylko pogody. Niestety po Karpaczu miałem defekt koła i wsiadłem na rower dopiero w czwartek przez sobotą. Czyli prawie dwa tygodnie bez roweru, ale byłem dobrej myśli. Na miejscu okazało się, że zimno jak diabli, ale nie pada, to dobrze. Pokręciłem się trochę i stanąłem na początku mojego ostatniego sektora. Znajomy z którym przyjechałem powiedział, że był na trasie i że jest masa błota. Spojrzałem na jego koszulkę i wiedziałem, że mówi prawdę;)

Start pod górę między uliczkami, a potem już w las, a raczej w bagno. Już po pierwszych metrach byłem cały upaprany, no ale nie przyjechałem wyglądać tylko się pościgać. Na początku było wszystko ok. Oddech równy, podjazd pod lekką stromiznę jakoś się jedzie. Najgorsze to to, że cały czas po strumyczkach, błocie, itp Po kilku km które jakoś szybko mijały padł mi licznik. Koło 12 km zobaczyłem, że już nie wyświetla tylko miga...Pomyślałem, że na bufecie przemyje czujniki i będzie ok. Pierwszy zjazd już pokazał, że będzie trudniej niż w Karpaczu. Ślisko jak cholera. Lużne kamienie i korzenie to prawdziwa zmora stromych zjazdów. Nie daję rady zjechać całości. Przedemną też już nie jadą...nie ma co zsiadam nie będę kozaczył. Znowu na siodle i kręcę, ale już nie jedzie mi się dobrze. Całą trasę psuje ta pieprzona aura, błoto, mokro i zimno. Raz podjazd raz zjazd. Na razie jadę na 90%. Prawdę mówiąc obawiam się zjazdów, bo są mega strome i najerzone kamieniami i korzeniami. Jest pierwszy bufet...Licznik nie działa, a ja jadę na pałę nie wiedząc ile i jak. Niektóre podjazdy są tak wyczerpujące że zsiadam podbiegam i jadę dalej. Ok jestem chyba na szczycie więc zjazd...Piękna szytrowo asfaltowa droga dość stroma, ale i szeroka. Jadę koło 50-60 kmh/h jeden zakręt, drugi i trzeci i kurwaaaaaaaaa. Tysiące myśli przelatuje mi przez głowę. Widzę, że nie wyrobię, nie wyhamuję, że będzie las. Łapię za klamki i i hamuję ile się da....niestety fizyki nie oszukam. Widzę tylko dół na metr głeboki z wodą dzielący moją właściwą drogę i las. W ostatniej chwili rzucam się w las puszczając kierownicę i walę bokiem w jakieś habazie. Rower odwrócony o 180 stopni leży mi na plecach. Cała ręka w pokrzywach. Żyję;) Ktoś tam woła czy żyję...macham ręką, że jest ok. Powoli wstaję. Sprawdzam sprzęt i jadę dalej. Psychika jednak mówi mi, że to koniec wyścigu dla mnie. Od tej pory jadę aby ukończyć. Tam gdzie mogę przycisnąć to cisnę, ale nie mam zamiaru wspinać się na pionowe ścianki tam gdzie większość prowadzi. Może gdyby nie ten dzwon...Dalej jadę równo z biciem serca 175-185, ale nie za wszelką cenę. Można powiedzieć, że 1/4 trasy prowadzę rower. Te podjazdy są nie dla mnie i jak widzę nie dla większości. Przed nami Borówkowa. Polna droga pod górę....pięknie jadę i jadę. Potem jest już gorzej, a cały zjazd z tej góry to rzeźnia nr1. Mijają mnie gigowcy, ale mam to gdzieś. Na ostatnim bufecie słyszę, że do mety 10km. Spoko dam radę. Reszta trasy to góra i dół i tak wkółko błoto i syf. Już nie mam sił, ale tabliczka 5km doje mi większą motywację. Szkoda że za jakieś 3 km znowu jest taka tabliczka. Co do cholery pomyliłem trasę??? Ostatnie km gdzie już jesteśmy w Złotym Stoku i słychać imprezę prawie non stop prowadzę.Ciasno ślisko i kolejki no i brak siły.....asfalt i meta. 4.58h 95miejsce w M3 Padam trochę z sił, ale bardziej jest mi zimno. Kolejki do myjki, kolejki do żarcia...jadę do domu.

To był mój najtrudniejszy maraton i najdłuższy jeśli chodzi o czas. Zamiast 41 km było podobno 50. Trudność trasy przy takiej pogodzie wzrasta kilkukrotnie. Trasa do przejechania w jakieś 3h spokojnie, ale przy słoneczku i suchym podłożu. Dostałem w tyłek nie powiem. Jednak nie wiem czy o to chodzi w MTB, aby wypruć flaki wszystkim, a ostatnie 5km jeszcze je wziąć i wykręcać przez maszynkę;) Bikemaraton w porównaniu z takimi trasami jak Karpacz i Złoty Stok to bułeczka z masłem. Jakkolwiek to cieszę się, że ukończyłem ten maraton. Mam tylko nadzieję, że następny jaki pojadę będzie o niebo lepszy pod względem mojego przygotowania i dyspozycji.

B.

wtorek, 18 maja 2010, kolarski

Polecane wpisy

statystyka button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl