Blog > Komentarze do wpisu
Głuszyca Powerade Marathon

I co tu napisać o maratonie, który przez prawie 35 km czyli blisko 3,5h miotał mną, ciągnął po ziemi, wycierał kamienie i mieszał z błotem? Można napisać, że był to najcięższy maraton w tym roku, generalnie najcięższy dla mnie w ogóle. Dwu tygodniowa przerwa w treningach, leżenie na plaży, brak startów zaowocowało tym, że ledwo co dotarłem do mety. Na tydzień przed maratonem wsiadłem na rower dopiero co oczywiście nie starczyło, aby powalczyć na trasie...ale od początku.

Do pokonania 63 km i 1900m przewyższeń trudność trasy 5+. Liczyłem na 6-7h jazdy i się zmieściłem. Temperatura bliska 30 stopni mało chmur. Start i jedziemy;) Miałem małe założenie aby przejechać trasę bez rwanego tempa i atakować tylko na podjazdach. Nie udało się już na pierwszym asfaltowym podjeździe przycisnąłem za bardzo i przez pierwsze 5 km jechałem przy pulsie bliskim 200. Zwolniłem jak zaczęło mnie kłuć w klatce. Po 5 km jechałem już do końca non stop 175-185 co jak na mnie bardzo wysoko. Normalnie na wyścigach mam 165-170. Po tych krytycznych 5km kolejne 25 jechało mi się dość nieźle i to była jakby pierwsza pętla po jednej stronie Głuszycy. Od momentu wjazdu na drugą pętlę która była po drugiej stronie miasteczka coś zaczęło się psuć. Mimo iż bufety były co jakieś 10km to ja zacząłem opadać z sił w tępie natychmiastowym. Na chyba 3 bufecie mój kolega z którym jeżdżę na maratony dojechał do mnie co się jeszcze nie zdażało;) Zacząłem uciekać i widziałem, że jest z tyłu. Kolejne strome podjazdy i zjazdy i jest coraz bliżej, ale udaje mi się ucieć nie na długo. Za pięknym wyjazdem z lasu po prawej kamienie, a po lewej trawa. Ja wybieram kamienie i tu zawaliłem na całego. Koło mnie co chwila ktoś mknął w dół i przy okazji Tomek łyknął mnie. Ja zwalniam i staram się wjechać na trawę...tam to się jedzie...stok narciarski płaski jak deska. Przejazd przez ulicę i kolejna ściana. Jestem prawie na kole, ale nie daję rady, za stromo:( schodzę gdyż nie mam sił pedałować. Tu zaczyna się pchanina. Staram się wsiąść, ale jadę 50 m i spadam. Pot dosłownie zalewa mi oczy i szczypie jakbym sypał sobie solą. Podprowadzam na sam koniec podjazdu myśląc, że to Sowa...nie to inna góra;) Do Sowy jeszcze sporo km. Wiem, że Tomek dwa razy mnie minął ale już nie wiem w jakich momentach wiem, że na bufetach, ale po tej stromiźmie już go chyba nie doszedłem. Organizm odmówił mi posłuszeństwa. Jechałem może nie zrezygnowany ale wyczerpany. W każdej chwili myślałem o wycofaniu się. Drogę na Sowę pokonałem idąc, bo nie miałem sił pedałować po luźnych kamieniach. Na upragnionym szczycie byłem 2 sekundy i zjazd. Potem znowu podjazd. Tak w kółko. Niektórych zjazdów mimo łatwości nie zjeżdżałem, bo się bałem spadku techniki ze zmęczenia. Trochę podjazdów i błota i słyszę na bufecie, że jeszcze 15 km. Tą końcówkę jadę ja dwoma zawodnikami już na luzie w ich tępie. Mam dość. Jeszcze pamiętam jakąś ścianę z trawy gdzie kurde chyba nikt nie wjechał, bo tam się nie dało iść było tak stromo. Jadę już 62 km i oczekuję zakończenia....znajome ścieżki i widzę coraz więcej osób, które krzyczą że na górze już meta. Wrzucam bieg staję w pedały i uciekam tej dwójce. Koniec. Nie wierzę, że ten koszmar się skończył. Jadę na dół. Nawet makaron mi nie wchodzi. 99 miejsce w M3 na 133 i 313 w open na 412 strasznie słabo, ale nie oszukuję się nie byłem w formie i wybrałem się na najcięższy maraton i jak narazie najdłuższy jeśli chodzi o czas, bo 5.52h nie jechałem nigdy;)

Głuszyca pozostawiła niedosyt, bo dziś chciałbym tam wrócić i zobaczyć czy podjadę tam gdzie nei dałem rady co wydawało mi się spokojnie do podjechania. No cóż w sobotę BM w Świeradowie i mój ulubiony podjazd. Może tam dam popis, przynajmniej dla siebie.

B

środa, 04 sierpnia 2010, kolarski

Polecane wpisy

statystyka button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl