Blog > Komentarze do wpisu
Istebna Powerade Marathon

Istebna była ostatnim maratonem z cyklu Powerade Suzuki. Ja ostatni start miałem w Głuszycy czyli blisko dwa miesiące bez ścigania się. Świeradów został odwołany i przesunięty, a płaskie maratony jakoś nie przemówiły do mnie. No ale o Istebnej....czytałem wiele i bardzo obawiałem się startu. Zbyt długa przerwa w startach, możliwośc extremalnych warunków na trasie tak jak w 2008 roku i generalnie skoro to koniec to jakaś mega trudna trasa jako niespodzianka...Wszystko mogło się zdażyć.

Wyjechałem z domu przed 6 ciemno...wróciłem przed 12 też ciemno;) Powiem jedno było warto! Na miejscu byliśmy o tyle wcześnie, że spokojnie wszystko dało się zrobić. Stanąłem na końcu sektora...w sumie to już za nim, ale mając w pamięci Głuszycę nie spieszyło mi się na początku więc nie miałem ciśnienia na to aby pchać się do przodu. Wystartowałem spokojnie. Nie szarpałem. Nawet tętno miałem jakieś niskie. Trochę asfaltu gdzie mogłem gnać jak inni, ale zacisnąłem zęby i jechałem swoim rytmem. Nie chciałem się wypalać od razu po starcie. Powoli przesuwałem się do przodu. Początku trasy nie pamiętam, ale wiem, że jechało mi się rewelacyjnie od samego początku. Trochę zjazdów i podjazdów.Ciągle wyprzedzałem. Podjazdy były tak piękne, że nie musiałem mielić miałem na tyle siły w nogach, że brałem je ze średniej tarczy. Co skutkowało, że non stop parłem na czoło. Bylo trochę technicznych zjazdów na początku ale nic takiego co nie dałoby się zjechać. Po pierwszym bufecie była zaraz chyba meta mini na asfalcie, który ciągnął się trochę do góry, a potem podjazd pod szczyt płytami gdzie wiało jak diabli. Tam spotkałem się z super dopingiem. Nachylenie było mega strome więc młynek, zsunąłem się na czubek siodełka i jechałem z głową w kierownicy. Ciary przechodziły na plecach jak przejeżdżałem obok kibiców rodem z Tour de France;) Po zjeździe z tego szczytu zobaczyłem, że mam zablokowany amortyzator...zapomniałem odblokować po asfalcie;) Nie pamiętam gdzie były kolejne plyty podobno z nachyleniem 29%, zabrakło mi kilka metrów aby przejechać do końca. Kolejny podjazd na którym zyskałem to strasznie wąski asfalt gdzie prawie spadało się z roweru, a droga wiła się do góry niby kończąc, ale jednak ciągnęła się i ciągnęła. Dałem z siebie wszystko i podjechałem. Po stronie słowackiej były super zjazdy szerokie szybkie i bardzo niebezpieczne. Było pięknie. Nie czułem zmęczenia i nogi kręciły jak nigdy. Część bardzo stromych podjazdów podprowadziłem, ale nie było tak jak zawsze w tym cyklu, że umieram i ciągnę rower za sobą;)Pod koniec zaliczyłem glebę na morych patykach...wtedy złapał mnie pierwszy skurcz, ale go rozjechałem. do mety zostało 3km a ja jechałem coraz szybciej. Ostatniego technicznego zjazdu nie dałem rady zjechać. Po 1 za ślisko, po 2 za dużo osób predemną i za mną. Sprowadziłem...tu złapał mnie skurcz w tym samym miejscu tylko w drugiej nodze. Kurde co za bół. Nigdy nie miałem skurczy, a tu dwa po sobie. Na metę wjechałem szczęśliwy w kategorii 66 i w open 201. To mój najlepszy wynik w całym cyklu. Jestem bardzo z niego zadowolony;) Pozostało odliczać dni do następnego startu u Golonki.

Jutro start w Świeradowie, a w niedzielę w Karpaczu. Po Istebnej podeszwa w moich 13 letnich Northwave'ach zaczyna się odklejać. Dziś odbieram od szewca i szukam nowych. Te pójdą na zimę;) Nie wiem czego to zasługa, że jechało mi się tak rewelacyjnie. Miałem alko abstynencje, chodziłem spać max 21.30, brałem L-karnityne...cholera wie co dało taki wynik;) Jakby nie było w następnym roku będzie jeszcze lepiej.

B.

piątek, 01 października 2010, kolarski

Polecane wpisy

statystyka button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl