Blog > Komentarze do wpisu
Wałbrzych - Powerade Marathon 2012

"Tam gdzie świat już kończy się
Wałbrzych dzisiaj wznosi się
Czarne słońce co dzień wschodzi
Czarne miasto czarnych ludzi"

Tak swego czasu śpiewał wałbrzyski zespół Defekt Muzgó. Pochodzę ze Świdnicy i często bywałem tam i muszę powiedzieć, że coś w tym jest, bo to miasto zawsze odstraszało mnie:) Miasto miastem, ale ja pojechałem na kolejny maraton z cyklu GG, a nie aby zwiedzać;) Wałbrzych miał zastąpić Głuszycę, w której zawsze źle mi się jechało więc jechałem trochę z duszą na ramieniu czy i tym razem nie zaliczę zgonu na trasie. Pogoda idealna niebieskie niebo i jakieś 26 stopni. Jadę tym razem już z 4 sektora, ale co tam skoro jest przejazd przez miasto i start ostry...i tak się wszyscy wymieszali;)

Jak wjechaliśmy w las i szutrową drogę wiedziałem, że to już czas przebijać się do przodu. Tumany kurzu, pyłu itp...rewelacja. Jest adrenalina. Zaczynamy podjazd trochę się tasuję z innymi i jadę w swoim tempie, ale na pulsometrze miga mi 102-104% więc luzuję, bo coś za bardzo serce pracuje. Trochę pod górę trochę z góry i mija szybko 10 km. Moja rozpiska na ramie mówi, że za chwilę tunel;) Jadę jeszcze jakieś 5 minut i jest....najdłuższy tunel w Polsce 1.6km...zapinam koszulkę i wjeżdżam w mrok. Lampy są na tyle daleko od siebie, że jadę po ciemku i zwalniam, bo tracę orientację czy jestem z lewej, prawej czy może na środku? Dziwię się trochę tym którzy decydują się w takich warunkach wyprzedzać....Gdzieś w śrdoku przejazdu ściągam okulary, bo już nic nie widzę nawet światełka:) W końcu tunel wypuszcza nas na światło dzienne ufffff. Za tunelem korek. Każdy wchodzi z rowerem na plecach...tracę jakieś 3 minuty. Jadąc dalej zaczyna mi się przypominać dzieciństwo...cholera skąd ja znam tę trasę. Mega szybki zjazd szutrem...pewnie zaraz będzie asfalt i podjazd w las....taaaak pamiętam to jeździłem tu prawie codziennie za czasów jak mieszkałem w Świdnicy:) Łza się w oku kręci jak się wraca na stare śmieci;) Trasa męczy mnie...ale jedzie mi się dość dobrze. Mam moc. Nic nie boli więc gdzie się da to cisnę. Za chwilę znowu podejście tak strome, że osoba przede mną ledwo co daje radę wejść. Jak jest podjazd musi być i zjazd;) Trasa wyciska ze mnie 7 poty. Na bufetach tankuję do pełna i wciągam żele. Mam lekką dezorientację, bo po wyjeździe z tunelu pada mi licznik i resetuję go na 15 km przy bufecie. Od tamtego czasu liczę z rozpiską +15 i - 15:) czas szybko mija, bo jak liczę to jeszcze 10km i meta? Co? Tak szybko? Jadę cały czas w tym samym towarzystwie. Super techniczne zjazdy, których nie zjechałbym jakbym nie jechał na maratonie:) Jakieś 10km do mety mija mnie już giga na pięknym trawersie ciągnącym się w nieskończoność. Po nim już tylko prawie prosta do mety i z górki więc cisnę na maxa. Dwa razy prawie mylę trasę i uciekają mi sekundy....w końcu przegrywam sprint z innym zawodnikiem...No cóż nie jestem Cavendishem i zawsze miałem z tym problem. Czas 4.03.08 Open 201/408 i M3 90/169. Jak nie patrzeć środek stawki. W tamtym roku zbliżałem się bardziej w stronę tej lepszej połowy, ale i tak jest dobrze. Do myjek nie ma kolejek, makaron smakuje lepiej, słońce pali...czego chcieć więcej?

Po tym wyścigu dochodziłem do siebie jakieś 3 dni. Czułem zmęczenie i lekki ból mięśni. Trasa była super męcząca i ja takie lubię. Dobrze, że nie padało. Mam tylko jedno "ale" nie rozdzielono dystansu mini i po kilku km czołowi "miniacy" dojechali do mega i strasznie kozaczyli...mijanka na trzeciego, rozpychanie się i ogólne cwaniakowanie...nie lubię tego...to nie Bikemaraton.

Za miesiąc dopiero Karpacz. Trzeba wymienić w tym czasie trochę sprzętu, bo kiedyś trafi kosa na kamień:) 

B.

piątek, 25 maja 2012, kolarski

Polecane wpisy

statystyka button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl